Piękna trzydziestoletnia

… czyli nieudana próba podsumowania ostatnich 30 lat w polskiej literaturze.

Uwaga – tekst pisany pod wpływem silnych emocji.

W minionym roku obchodziliśmy okrągłą rocznicę narodzin III RP. Zmiana ustroju stanowiła punkt zwrotny w wielu dziedzinach życia, było to nowe otwarcie dające nowe możliwości. Zmiany zachodziły nie tylko w życiu gospodarczym, ale również w kulturze. Nie tylko zlikwidowano przykrą cenzurę i otworzono się na zachodnie inspiracje, ale również zniknął jeden z popularniejszych tematów poruszanych na forum publicznym, czyli walka z „systemem”. PRL odszedł do lamusa, ale co nastało po nim?

Ostatnia edycja festiwalu Puls Literatury została zorganizowana pod hasłem „Piękna trzydziestoletnia”. Wydarzenie to zainaugurowano panelem dyskusyjnym o tym samym tytule, który miał na celu podsumować ostatnie 30 lat polskiej literatury. Miał, bo w rzeczywistości prowadzona na scenie łódzkiego Domu Literatury dyskusja stała się na wskroś subiektywna i skupiła się na narzekaniu na obecny rynek wydawniczy oraz na samych czytelników. Padło kilka celnych uwag, choć z większością jednak nie mogę się zgodzić.

Zacznijmy od przedstawienia bohaterów tego spotkania. Była to powieściopisarka i literaturoznawczyni Inga Iwasiów, poeta i tłumacz Jerzy Jarniewicz oraz krytyk literacki Przemysław Czapiński. Grono niezwykle wybitnych literaturoznawców, choć niestety o dość pokrewnych poglądach.

Dyskusja rozpoczęła się od próby zdefiniowania, kiedy tak naprawdę zaczęło się to nowe podejście do literatury. Oczywiście było to zjawisko złożone i płynne, nie można jednoznacznie wyznaczyć takiej granicy. Zdaniem Jerzego Jarniewicza największy wpływ na zmianę w polskiej literaturze miał nowojorski numer Literatury na świecie (tzw. „niebieski numer”) w 1986 r. i wiersze Franka O’hary Twoja pojedynczość (1987 r.). To właśnie pod wpływem twórczości tego amerykańskiego poety miał na polskiej ziemi narodzić się nowy język poezji. Trudno nie przyznać słuszności Jarniewiczowi, bo to słynne wydanie faktycznie wywarło wrażenie na ówczesnych poetach, którzy po dziś dzień z łezką w oku wspominają tamten numer. Jednak warto zauważyć, że literatura to nie jest wyłącznie poezja. Dzień później Marcin Świetlicki na spotkani stwierdził, że nie należy przeceniać roli „niebieskiego numeru”, ponieważ miała ona wpływ na „niewielki krąg kolegów” (w tym jego samego). Nie sposób przecież szukać paraleli pomiędzy twórczością O’hary a reprezentantami prozy, zwłaszcza tej popularnej.

I tutaj dochodzimy jednocześnie do końca próby podsumowania ostatniego trzydziestolecia oraz do sedna problemu. Przed panelem wyrażałam nadzieję, że szumnie zapowiadana dyskusja o literaturze III RP nie ograniczy się do poezji i zostanie dotknięta również tzw. „literatura popularna”, jednak moje nadzieje okazały się płonne.

Jerzy Jarniewicz nie ukrywa, że darzy większym szacunkiem poezję, w której jego zdaniem toczą się ważne dyskusje i debaty, podczas gdy (w uproszczeniu) w prozie nic takiego się nie dzieje.

Trudno nie przyznać mu racji, ponieważ środowisko poetyckie uwielbia toczyć dyskusje na tematy własnej twórczości (większość czytelników poezji to zarazem jej autorzy). Kto brał udział choćby w wydarzeniach organizowanych przez Biuro Literackie czy oglądał transmisje z tych spotkań, ten wie o tym najlepiej. Wiersz stanowi idealny punkt wyjścia do dyskusji, zarówno pod kątem poruszanej przez niego tematyki, jak i zastosowanych przez autora zabiegów formalnych. Problem w tym, że te „spory” nie rezonują poza ten dość zamknięty i ograniczony krąg. Zastanówmy się teraz, kiedy ostatni raz słyszeliśmy o jakiejś głośniej dyskusji toczonej wokół poezji lub przez nią wywołanych, o jakimś tomiku czy choćby jednym wierszu, który odbił się szerokim echem i który wzbudził powszechne zainteresowanie. Ostatni raz o polskiej poezji było głośno prawdopodobnie w 1996 r., gdy Wisława Szymborska stała się ofiarą „tragedii sztokholmskiej” (ewentualnie w 2012 r., gdy noblistka zmarła)*. Życie poetyckie toczy się swoim własnym torem, nie przenikając do tzw. mainstreamu.

Proza, którą tak deprecjonuje Jarniewicz (a której jej reprezentantka Inga Iwasiów nie ma ochoty skutecznie bronić) ma większą siłę rażenia, głównie ze względu na szersze grono odbiorców. Największy potencjał do wzbudzania dyskusji, sporów itp. jest reportaż, który w tej debacie był wielkim nieobecnym (poza symbolicznym wspomnieniem Sąsiadów Grossa przez Jarniewicza). Przykład? W 2018 r. na rynku ukazał się reportaż Aleja Włókniarek Marty Madejskiej, w którym autorka przypomniała wszystkim o historii i tragicznym losie kobiet zatrudnionych na przestrzeni kilku ostatnich lat w łódzkich zakładach włókienniczych. Książka ta wywołała ogromną burzę w Łodzi i doczekała się już trzech przeniesień na scenę teatralną. Kika lat temu Filip Springer za pomocą swoich publikacji zwrócił uwagę na architekturę PRL-u oraz przywrócił do panteonu wybitnych Polaków zapomnianego Oscara Hansena (pamiętam, że nawet Muzeum Sztuki Nowoczesnej zaczęło organizować weekendowe wycieczki do domu tego architekta). Dziś na ustach wielu są Płuczki Piotra Reszki, jak również reportaże poświęcone osobom niepełnosprawnym czy sytuacji na rynku pracy. I tak, to prawda, dyskusje te rzadko nawiązują stricte do książki i skupiają się na otaczającej nas rzeczywistości, ale to właśnie literatura w wielu przypadkach stanowi bodziec do pochylenia się nad daną kwestią.

Oczywiście czymś zupełnie innym jest podejmowanie dyskusji na temat języka, narracji czy próby wyrażenia własnego „ja” – tutaj zdecydowanie pole do popisu ma poezja, głównie ze względu większą przestrzeń do eksperymentu i na przyzwolenie czytelnika/wydawcy na ów eksperyment. Większość odbiorców prozy oczekuje bowiem tekstu przystępnego, przekazującego ciekawe treści, niekoniecznie wysublimowanego pod względem technicznym. Oczywiście nie znaczy to, że ten gatunek nie próbuje bawić się z formą. Podczas panelu Inga Iwasiów wspomniała m.in. o twórczości kobiet, które dziś często posługują się już innym językiem, niż np. 30 lat temu. W kontekście wprowadzenia oryginalnych zabiegów technicznych warto również wspomnieć chociażby Innych ludzi Masłowskiej, książkę napisaną w konwencji hip-hopowej nawijki czy zapomniane już nieco, lapidarne dzieło Kebab Meister Darka Foksa. Tych przypadków nie jest wiele, ale gdy już jakieś „oryginalne” (ale nie przekombinowane) dzieło tego typu pojawi się na rynku, zawsze jest wyróżniane co najmniej nominacją do jakiejś nagrody literackiej.

Nagrody te, zdaniem panelistów, są niezwykle ważne, ponieważ stały się jednymi okazjami, by o literaturze porozmawiać. W 1998 r. rozpadły się bowiem tygodniki i dwutygodniki literackie, które stanowiły platformę promującą czytanie. Być może wówczas było to pewnego rodzaju tąpnięcie i zwiastun „znikania” dyskusji o literaturze, jednak patrząc na to zjawisko z perspektywy minionego roku 2019 trudno zauważyć w nim jakikolwiek problem. O książkach nadal się dyskutuje, z tym, że ta dyskusja odbywa się nie na łamach prasy, a w internecie. Pan Czapliński pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że w rozmaitych grupach czytelniczych na Facebooku czy na Instagramie codziennie setki ludzi wymieniają swoje poglądy na temat przeczytanych książek (i to nie tylko tych „empikowych”). Codziennie na rozmaitych blogach pojawia się wiele wpisów poświęconych zagadnieniom literackim. Domyślam się, że problematyczny może być fakt, iż w sieci o książkach może pisać każdy, a nie tylko dyplomowany krytyk literacki. Co więcej, jest to medium niekontrolowane, w którym nie ma żadnego redaktora dokonującego selekcji tekstów. Warto jednak zauważyć, że wielu profesjonalistów pozakładało swoje blogi lub udziela się w rozmaitych serwisach (np. w Dwutygodniku, wspomnianym przez Jerzego Jarniewicza jako „jedno z najbardziej ważkich działań w kulturze polskiej ostatnich paru lat”). Nie zmienia to jednak faktu, że większość piszących w sieci to zwykli czytelnicy.

Rzecz jasna tzw. „poważni” literaci oraz krytycy nie darzą estymą blogerów. Dlaczego? Jednym z częściej poruszanych problemów jest fakt, że większość z nich nie podchodzi rzetelnie do wykonywanej przez siebie pracy. Wiele recenzji powstaje taśmowo i pod presją wydawnictw (jest to dość poważny problem, który zdecydowanie zasługuje na szersze omówienie w oddzielnym tekście). Ale z blogerami jest jeszcze inny problem: w przeciwieństwie do poważanych krytyków niewielu z nich w ogóle chce zmierzyć się z bardziej ambitną literaturą, a i same wydawnictwa rzadko ją swoim stałym współpracownikom proponują. Dlaczego się tak dzieje?

Wydawnictwom zależy na recenzji, a ta ma kompletnie inny cel, niż tekst krytyczny. Ten drugi ma poszerzać kontekst, prowadzić do dyskusji, podczas gdy recenzja ma charakter czysto marketingowy i jej zadaniem jest zachęcić jak najwięcej osób do zakupu książki. Wydawnictwa nie chcą o literaturze dyskutować, tylko ją sprzedawać, dlatego tak bardzo zależy na tym, by wytworzyć „hype” wokół danej pozycji, stymulując tym samym jej sprzedaż. Do tego nie jest potrzebny krytyk, wystarczy poczytny bloger, który napisze krótki tekst przystępnym językiem i zrobi zachęcające zdjęcie (i któremu za tekst można zapłacić zaledwie książką).

Taki obrót rzeczy stanowi niemały problem dla pani Ingi Iwasiów, która na panelu z rozżaleniem wspominała czasy, gdy recenzje jej książek pisali jej koledzy. Kilka akapitów wcześniej wspominałam o braku rzetelności u blogerów, którzy o książkach często piszą taśmowo i wyłącznie w samych superlatywach (bo jak skrytykują tekst, to wydawnictwo nie wyśle im już książek – logiczne). Ale czy grono zaprzyjaźnionych krytyków piszących sobie wzajemnie recenzje może być w 100% rzetelne? Śmiem wątpić. Tym bardziej, że w swojej wypowiedzi Iwasiów dalej przyznaje, że rozpowszechnienie blogów popsuło jej nastrój, bo…. nie mogła już liczyć na sympatię. Czyli w tym momencie dochodzimy do niewypowiedzianego sedna wypowiedzi: blogi nie są złe ze względu na swoją jakość, ale na to, że autor nie ma wpływu na to, co o jego książce się napisze.

Zdecydowanie największym problemem polskiego czytelnictwa z którym nie sposób się nie zgodzić jest fakt, że mało czytamy. Pani Inga Iwasiów za tak niski poziom czytelnictwa obwinia m.in. księgarnie, które na wystawach promują literaturę popularną. Jej zdaniem osoby nie chcą sięgać po tego typu pozycje, ponieważ „to samo mają w serialu”. Polacy mało czytają, ponieważ promowane są „banalne” pozycje oraz „nie pokazuje się im [czytelnikom] poezji czy eksperymentujących pisarek, tylko to, co się najlepiej sprzedaje”.

Moim zdaniem wypowiedź ta jest pozbawiona sensu. Osoby, które od literatury wolą serial, nie zainteresują się pozycjami ambitnymi, z tzw. „wyższej półki”. Niechęć do czytania przełamuje się nie tomikiem poezji, ale czymś, co będzie w jakimś punkcie zbieżne z zainteresowaniami danego człowieka. Rozumiem, że tematyka opłacanych półek na wystawach w Empiku jest dla pani Iwasiów niezwykle bolesna (wraca do tej kwestii kilkukrotnie), ale prawda jest taka, że jeśli kogoś interesuje ambitna literatura (w tym poezja, której w Empikach praktycznie nie ma), to sam ją znajdzie. Jest to tzw. czytelnik świadomy, który wie czego chce i na którego wygląd wystawy oraz inne marketingowe wybryki nie wywierają żadnego wpływu.

Nie każdy jednak czuje potrzebę, by sięgać po ambitną literaturę, większość osób czytających postrzega książkę nie jako wyzwanie intelektualne, ale jako odskocznię od trudów codzienności. Niektórzy lubią czytać o gorących romansach lub o brutalnych zagadkach kryminalnych, a jeszcze inni wolą przenosić się do świata fantasy.

Dlatego wydawnictwa najchętniej promują właśnie tego typu książki, książki z największym potencjałem do wygenerowania zysków i zwrotu kosztów promocji. Kupowanie półek jest normalnym zjawiskiem rynkowym, choć oczywiście cierpią na nim wydawnictwa niszowe, z mniejszymi budżetami (niektóre z nich z sukcesem wykorzystują do promocji tzw. bookstagramerów, np. wydawnictwo Pauza). Rynek po prostu odpowiada na potrzeby przeciętnego czytelnika, niestety krytycy nie są w stanie tego zrozumieć i, co najgorsze, zaakceptować.

Jarniewicz uważa natomiast, że literatura nie interesuje czytelnika, bo „nie potrafi wzbudzać” (przynajmniej nie tak, jak kontrowersyjna instalacja Libery reprezentująca obóz koncentracyjny z klocków Lego). Oczywiście to nie jest prawdą, ponieważ słowo pisane również „wzbudza”, z tym, że na skalę mikro. Literatura nie musi krzyczeć i zamieniać świata, literatura może oddziaływać intymnie na każdego z nas i to z równie mocną siłą. To, że dana pozycja przechodzi bez echa w dyskursie publicznym, nie oznacza, że nie zmienia życia swoich czytelników. I wbrew temu, co powiedział Jarniewicz, rynek nie ma tutaj nic do rzeczy.

Sam panel pozostawił po sobie ogromy niedosyt. Nie było właściwego podsumowania, nie zostały omówione trendy w literaturze (np. fascynujące mnie nieustanne powracanie zarówno w prozie, jak i w poezji do II Wojny Światowej czy też kopiowanie formatów z zachodu), nie pochylono się nad literaturą popularną (a przecież Remigiusz Mróz jest zjawiskiem obok którego nie można przejść obojętnie), modnym ostatnio self-publishingiem czy crowd-foundingiem, czy wreszcie w ogóle nie odnotowano faktu, że w ostatnim 30-leciu aż dwie Polki otrzymały nagrodę Nobla.

Zamiast podsumować ostatnie 30 lat polskiej literatury, panel stał się okazją do wylewania żali dotyczących braku zainteresowania literaturą ambitną, w tym przede wszystkim twórczością osób biorących w tej dyskusji udział. Moim zdaniem problemem współczesnej literatury nie jest „rynek” ale fakt, że twórcy nie chcą i boją się do niego przystosować. Świat się zmienia i chociaż może się nam to nie podobać, to jednak książka stała się produktem, którym rządzą mechanizmy sprzedaży. Należy zatem zaakceptować fakt, że książkę sprzedaje nie długi na 5 stron tekst krytyczny, ale zdjęcie książki z filiżanką kawy na Instagramie. Czasy kontrolowanej prasy (w której ręka rękę myła) i podobnych układzików odeszły już w zapomnienie. Dlatego jeśli tworzymy w niszy lub nie możemy liczyć na wsparcie wydawnictwa, powinniśmy darzyć sympatią przede wszystkim swoich odbiorców, próbować do nich dotrzeć, a nie wychodzić z założenia „jestem wielkim krytykiem/twórcą i dobra opinia mi się należy”. Nie można boczyć się na recenzentów za to, że mieli czelność napisać recenzję książki opartą wyłącznie na swoich odczuciach, bez poparcia znajomością krytyki literackiej.

Kochani literaci, trochę więcej pokory.

A pani Iwasiów dedykuję zrobione przeze mnie 5 lat temu zdjęcie jej książki z kawą.

Jedna myśl na temat “Piękna trzydziestoletnia

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: