Wyspa dusz

Jak pozbyć się niewygodnych faktów? Najlepiej je ukryć. To, co ukryte nie rzuca się w oczy, nie drażni, nie wzbudza pytań, nie stanowi plamy na honorze. Ukrywanie może dotyczyć nie tylko faktów, ale i przedmiotów, czy nawet osób. Osoby ukrywamy po to, by ich przed czym chronić (np. przed załapaniem przez Nazistów w czasie II Wojny Światowej czy przed wymiarem sprawiedliwości) lub pozbyć się pewnego problemu. Izolacja od lat uznawana jest również za jedną z najdotkliwszych kar: jej ofiarą padają nie tylko przestępcy zamknięci z zakładach karnych ale również niesforne dzieci,  które muszą w ten sposób „odpokutować” swoje występki spędzając cały weekend w obrębie swojego domu (dziś znacznie lepiej działa zakaz zbliżania się do komputera).

Jednak nie tylko przestępcy zamykani byli na wiele lat w celi. Podobny los spotykał również osoby chore psychiczne, które, ze względu na swój stan, stanowiły potencjalne zagrożenie dla innych. I choć dziś takie podejście może nas dziwić, to jednak wystarczy cofnąć się w czasie, by zobaczyć, jak funkcjonowała opieka psychiatryczna. Choć pierwszy szpital psychiatryczny powstał w XIII w., to jednak niewiele miał on wspólnego z leczeniem – i nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ aż do wieku XX nie znano skutecznych, farmakologicznych metod niwelowania symptomów choroby. Ośrodki te pełniły zatem funkcję opiekuńczą, przypominają raczej współczesne całodobowe domy pomocy społecznej, tylko o znacznie bardziej zaostrzonym rygorze, diametralnie gorszych standardach i fatalnej jakości opieki. Innymi słowy: była to raczej przechowalnia dla chorych, którzy prędzej czy później odchodzili z tego świata pozostawiając po sobie miejsce na kolejną osobę.

Ale izolacja nie wynikała jedynie ze względów bezpieczeństwa – w końcu nie wszyscy chorzy w przypływie psychozy rzucali się na innych. Często o odesłaniu do „wariatkowa” decydowała chęć odcięcia się od tej osoby i wymazania jej ze swojego życia. Posiadanie osoby zaburzonej stanowiło pewnego rodzaju blamaż, szczególnie w zamożnych rodzinach. Choć trudno w to uwierzyć, to brytyjska rodzina królewska skazała na odosobnienie w 1916 r. jednego z jej członków. Król Jerzy V (dziadek królowej Elżbiety) umieścił w jednej ze swoich wiejskich posiadłości swojego 11-letniego syna, który cierpiał na epilepsję. Chłopiec zmarł 3 lata później i pozostał w kompletnym zapomnieniu aż do 1998 r., gdy odnaleziono jego podobiznę uwiecznioną na jednym ze zdjęć. Oczywiście nie przeszkadzało to, by inni, cierpiący na przypadłości psychiczne możni zasiadali na tronach – choć częściej stanowili wygodną marionetkę, niż samodzielny organ.

Znalezione obrazy dla zapytania seili
Szpital na wyspie Seili

To przedmiotowe traktowanie dochodziło do takiego spectrum, że chorzy traktowani byli jako króliki doświadczalne podczas eksperymentów, których nie powstydziłby się sam doktor Mengele: bicie, głodzenie, wielogodzinne kąpiele, deprawacje sensoryczne, bujanie na krześle, puszczanie krwi – to wszystko w imię nauki i poszukiwania lekarstwa na problemy mentalne. Oczywiście nie wszystkie szpitale stanowiły miejsce jak z horrorów, jednak już sama perspektywa izolacji stanowiła dla większości największą udrękę.

Takim ośrodkiem był szpital na fińskiej wyspie Seili (szwedzka nazwa Sjalö). Ta niewielka wysepka stanowiła miejsce wprost stworzone do izolacji. Początkowo znajdował się na niej szpital dla trędowatych, a gdy w 1785 r. ostatni z nich umarł, a wraz z nim minęło zagrożenie zarażenia chorobą, miejsce to przeznaczono na szpital dla zaburzonych umysłowo. Wyspa była praktycznie samowystarczalna: znajdowały się na niej farmy, a okoliczne wody obfitowały w ryby. Z czasem szpital stał się placówką przeznaczoną wyłącznie dla kobiet, które były tutaj przysyłane przez swoje rodziny lub szukały w jego murach schronienia przed literą prawa. Jednak te, które trafiały na wyspę, rzadko z niej powracały. Jedyną drogą ucieczki z wyspy była śmierć.

Wyspa Seili stałą się dla Johanny Holmström inspiracją do stworzenia powieści o szpitalu, chorobie i wyobcowaniu. Jej Wyspa dusz to powieść śledząca fragmentarycznie losy szpitala i osób go zamieszkujących na przestrzeni wieku, począwszy od końca XIX w., przez zmiany obyczajowe, wojnę, aż po jego zamknięcie w 1962 r. Na mijający czas patrzymy przez pryzmat trzech kobiet: Kristy, Elli oraz Sigrid: dwóch pacjentek oraz ich opiekunki. Krista utopiła w rzece dwoje swoich dzieci. Elli uciekła z rodzinnego domu, by wieść awanturnicze życie ze swoim ukochanym. wielokrotnie łamiąc przepisy prawa. Sigrid sprawuje nad nimi piecze, borykając się jednocześnie z własnymi problemami wynikającymi ze sfery osobistej oraz konieczności podejmowania decyzji mających wpływ na stan zdrowia jej podopiecznych. Każda z nich otrzymuje własny rozdział, w którym warstwa po warstwie docieramy w głąb ich psychiki.

Znalezione obrazy dla zapytania seili
Zdjęcie personelu szpitala

Holmström nie ocenia swoich bohaterek, powstrzymuje się od komentowania ich czynów, które, jak np. w przypadku Kristy, są niezwykle szokujące. Nie stara się łopatologicznie przedstawić przyczyny, dla której kobiety pojawiające się na kartach książki zachowują się tak, a nie inaczej. Prowadzi narrację niezwykle subtelną, polegającą głównie na odzwierciedleniu myśli i uczuć swoich bohaterek, jedynie od czasu do czasu podsuwając nam retrospekcje wskazując, co mogło doprowadzić do stanu, w którym pacjentki popadają w histerię, schizofrenię czy nagle przestają się odzywać. Paradoksalnie za większością tych problemów stoją ograniczenia, wynikające nie tylko z jakości życia, ale przede wszystkim z płci, którą otrzymały w momencie poczęcia.

I o ile autorka dość subtelnie podchodzi do ingerowania w fabułę, to jednak opisy stanów emocjonalnych bohaterek są niezwykle intensywne. Doskonale widzimy, jak niewiele wystarczy by pacjentka zamknęła się w sobie czy wybuchła, rzucają się na wszystkich wokół. To zagęszczenie emocji, balansujących na granicy radości i nadziei a rozpaczy i wściekłości, zostało oddane na tyle sugestywnie, że lektura Wyspy dusz może wprawić w stan przygnębienia niejednego wrażliwszego czytelnika. Na Seili trafia się na zawsze, a zamiast terapii otrzymuje się izolację – tą samą, która doprowadziła wiele z nich do stanu mentalnego wyczerpania. I nawet jeśli pobyt na wyspie jest alternatywą zesłania do więzienia i przekraczającej progi szpitala na pierwszy rzut oka nic nie dolega, to zamknięcie i ogromna wola odzyskania wolności spychają je na granice poczytalności. Leczenie praktycznie tam nie występuje, a samo stawianie diagnozy przypomina to wykonywane podczas przesłuchań czarownic, wychodząc z założenia, że jeśli jakiś narząd swoim wyglądem obiega od normy, to z pewnością on stoi za problemami pacjentki. Wszelkiego rodzaju manifestacje psychozy karano zamknięciem chorej w izolatce, gdzie przebywała aż do momentu, w którym ustąpią niepokojące objawy, często bez jedzenia, leżąc we własnych ekskrementach.

I choć temat zakładów psychiatrycznych wydaje się być idealnym do szokowania czytelnika i epatowania okrucieństwem, to jednak Holmström woli skupić się na eksploracji ludzkiego umysłu i pokazywania go w konfrontacji ze stanem odrzucenia, śmierci ukochanej osoby, podniecenia czy panicznej obawy o własną przyszłość. Najlepiej jest to widoczne w otwierającej książkę opowieści o Kristinie, która szokuje nie tym, że matka wrzuciła do zimnej wody własne dzieci i ze spokojem powróciła do domu, ale tym, co ją do tego skłoniło i jakie zmiany zaszły w konsekwencji w jej umyśle. Jest to zdecydowanie najbardziej zagadkowa postać tej powieści i szkoda, że autorka nie poświęciła jej więcej miejsca w rozdziałach poświęconych Elli oraz Sigrid, bo konfrontacja tych kobiet, przedstawicielek różnego pokolenia, mających zupełnie inny bagaż doświadczeń, mogłaby wnieść jeszcze więcej do fabuły.

Pacjentki szpitala psychiatrycznego (zdjęcie zrobione w latach ’30 XX w.)

Ale nawet bez tego otrzymujemy powieść niezwykle pojemną, w której znalazło się nawet miejsce na odniesienia do eugeniki czy szalejącej wokół II wojny światowej (to jedyny moment, w którym z odizolowania szpitala wynikają korzyści). Ta smutna opowieść ma jednak w sobie iskierkę nadziei, wnikającą z solidarności kobiet, które w takim trudnym momencie potrafią się zjednoczyć i wspólnie sobie pomagać. Nie zawsze się to udaje, czasem strach czy obawa przed zachowaniem drugiej osoby czy przekroczenia z góry ustalonych reguł bierze górę, ale są momenty, w których nawet wysłuchanie drugiej osoby, wsparcie jej, przynosi ulgę obu stronom. To zdaje się być wskazówka dla nas, by nawet w najtrudniejszym czasie nie tracić nadziei, by wspierać się wzajemnie i wspólnie szukać wyjścia z opresji.

Reklamy

14 myśli na temat “Wyspa dusz

Dodaj własny

  1. Ciekawe tło powieści, jeszcze kilka lat temu w podpoznańskich Owińskach można było zwiedzić ruiny byłego pruskiego szpitala psychiatrycznego, jednego z pierwszych na ziemiach polskich, gdzie lekarze zaczęli leczyć, a nie izolować. Mimo to w wielu pokojach można było dojrzeć metalowe łańcuchy w ścianach. Okropny widok.

    Polubienie

  2. Przyznam, że ciarki przechodzą po plecach, kiedy czyta się o takich izolacjach i torturach pacjentów, a przecież tak niska świadomość pomocy chorym to nie są znów tak bardzo odległe czasy. Kilka lat temu oglądałam film ukazujący, co się działo z pacjentami, długo nie mogłam się z niego otrząsnąć.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: