Mikrotyki

Jak grzyby po deszczu wyrastają książki o tym, co było, zupełnie tak, jakby to, co jest teraz było niewystarczająco pociągające. Zupełnie tak, jakby współczesna, nowoczesna Polska, internacjonalna i stawiająca na najnowsze zdobycze technologii, nie stanowiła godnego tła do opisywania zdarzeń.

Co innego lat 90. Ostatnio niezwykle modne (patrz: Stancje, Po trochu), budzące ciepłe uczucia i miłe skojarzenia. Lata naszego dzieciństwa, dojrzewania. Czas, w którym polska szukała własnej drogi, nieumiejętnie kopiując wzorce z zachodu. Zalana tandetą, kiczem, tworząca postmodernistyczną mieszankę disco polo i amerykańskiej Dynastii. Budząca dziś na naszych ustach uśmiech politowania, a wewnątrz uczucie nostalgii. Za czasami, kiedy technologia nie rządziła naszym życiem, kiedy ludzie rozmawiali ze sobą w „realu”.

Mikrotyki – krótkie opowiadania, migawki z przeszłości. Przeszłości Pawła Sołtysa, znanego również jako Pablopavo, specjalisty od reggae i reggaemuffin, który odważył się na chwilę odłożyć mikrofon i zabrać za pisanie. Gdy gwiazdy estrady zabierają się za pisanie, przeważnie tworzą autobiografie lub poradniki, o tym jak żyć zdrowo i zabłysnąć w kuchni. Jeśli spod ich pióra wychodzi coś innego, to przeważnie są to karkołomne próby lepienia z natłoku myśli tekstu. Brak warsztatu, pomysłów, doświadczeń, przekłada się na marną jakość efektu końcowego.

Ale wystarczy przeczytać jedno opowiadanie Sołtysa. Drugie. Piąte. By przekonać się, że nie mamy tutaj do czynienia z grafomanem. Że przez lata czekaliśmy na ten debiut. Późny, ale o mocnej sile rażenia, nie tyle treścią (choć ta też stanowi intrygujący element tego zbioru), ale przede wszystkim stylem. Oryginalnym, pomysłowym, pełnym trafnych porównań i metafor.

Ale Mikrotyki to również migawki z przeszłości Polski. Polski, do której moglibyśmy przypisać literę B, choć dzieje się w stolicy. Polski kulawej, z podbitym okiem i dylematem moralnym. Polski zaciągającej się papierosem, z brudem za paznokciami. Polski sponiewieranej, ale idącej przez życie z podniesioną głową.

Sołtys opisuje warszawskie ulice. Spisuje historie tych, o których pisać nikt nie chce. Tych z bloków i przestrzeni między nimi. Tych, którzy niosą w sobie i ze sobą bagaż doświadczeń, chwilowych potknięć czy źle obranych dróg. Nie są to postaci wyraziste, nie ma wśród nich superbohaterów czy najgorszych złoczyńców. Z ich życia wyziera przeciętność, pospolitość. Owszem, jedni mieli problem z przemocą (wśród nich znajdowali się i oprawcy i ofiary), inni z alkoholem a raczej z jego nadmierną ilością. Zdarzali się i tacy, którzy nie potrafili się odnaleźć w życiu i popadali w melancholię czy choroby psychiczne. Zdarzali się i ci, którzy posiadali książki, lecz w dość paradoksalny sposób wykorzystywali ich jako narzędzia samoobrony. A to wszystko po prawej stronie Wisły, w Warszawie, która się zmienia, rozrasta, stroi w piórka. Która traci swój naturalny, swojski koloryt w imię nieuniknionej urbanizacji.

Mikrotyki to, jak tłumaczył sam autor, małe dotyki. Sołtys „dotyka” nas obrazami, pozostawiając je do naszej własnej oceny i interpretacji. Bez wyraźnego morału czy zaskakującej pointy. To raczej zapis obserwacji, stwierdzenie faktu bez odautorskiego komentarza. Opisane zdarzenia nie szokują, są pospolite, jednak przed znużeniem czytelnika chroni narracja autora, który swoim językiem nadaje nieco kolorytu tej szarości. I warto zaznaczyć, że przeszłość nie stanowi w jego opowieściach atrakcyjnego rekwizytu grającego na wspomnieniach czytelnika. Pozostaje ona na drugim planie, unosi się w powietrzu i opada na odbiorcę w postaci ciężkiej, nieco dusznej atmosfery przesiąkniętej zapachem przeszłości i wypalonych papierosów (tych tutaj dużo, szczególnie w genialnym opowiadaniu Szlugi).

Do Mikrotyków miałam dwa podejścia. Pierwsze, w pociągu relacji Łódź-Warszawa, zakończone fiaskiem, bo opowiadania nie są moją ulubioną formą, zwłaszcza te, które nie mają wciągającej fabuły. Po przebrnięciu przez pierwsze trzy doceniłam warsztat autora, ale podziękowałam, wybierając na kompana podróży Netflixa. Drugie, w tramwaju relacji dom-praca i praca-dom zakończyło się sukcesem. Bo Mikrotyków nie można czytać ciągiem, zlewają się ze sobą, plączą i sprawiają, że czytelnik traci czujność. Opowiadania te są idealne dla krótkodystansowców, jedno, góra dwa do przyjęcia na raz. To teksty, którymi powinno się delektować i po które warto sięgnąć. Bo choć tom ten jest niepozorny (ledwo 142 strony) i nie wzbudza kontrowersji, to jednak nie można przejść obok niego obojętnie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: