Step by Step

Sylwester to szczególny dzień w roku. Tłumy ludzi wieczorem rozprzestrzeniają się w różnych kierunkach, szukając idealnego sposobu na przeżycie zmiany ostatniej cyfry w dacie i w swoim wieku. Celebracja nieubłaganego procesu starzenia może przybierać różne oblicza. Jedni zaszywają się w swoich domach, gdzie sami lub ze wsparciem najbliższych oddają się konsumpcji przy dźwiękach telewizora. Inni wywijają piruety na mniej lub bardziej wytwornych balach lub podrygują w rytmach najnowszych przebojów muzyki popularnej w klubach.

Są też ci, którzy ten dzień przeżywają w teatrze. Teatry dramatyczne kuszą widzów premierami, lekkimi komediami, które wprowadzą publiczność w nowy rok z uśmiechem na twarzy (kieliszek szampana w cenie biletu). W operach ze sceny rozbrzmiewają walczyki, arie z wiedeńskich operetek, konferansjerzy rzucają dowcipami, a sztuka wysoka staje się niebezpiecznie przaśna i bliższa przeciętnemu widzowi. Teatry muzyczne mając szerszy wybór, uciekają się do pokazywania wiązanek przebojów z musicali i promowania nieco bardziej ambitnej piosenki rozrywkowej. I choć repertuar ten jest mało wyszukany i nie ma w nim nic przełomowego, to sale pękają w szwach i często już na początku grudnia nie można zdobyć biletu na ten wyjątkowy pokaz. A może to ten fakt chwilowego obniżenia lotów i wyjścia do ludu stanowi wabik przyciągający do świątyń sztuki osoby, które normalnie nie postawiłyby tam swojej nogi?

Gale sylwestrowe to najczęściej jednorazowe wydarzenia, z minimalną scenografią i recyklingiem kostiumów. Oczywiście zdarzają się jednorazowe „powtórki”, wrzucone gdzieś w karnawale, choć to rzadkość. Gala to ekspozycja bogactwa danego teatru, angażująca wszystkie zespoły artystyczne i to w swoich najlepszych składach. Soliści, chór, orkiestra, balet – później trudno zwołać wszystkich i powtórzyć ten wyczyn.

Ale są wyjątki. I tym wyjątkiem jest Teatr Muzyczny w Łodzi, gdzie sylwestrowo-noworoczny koncert grany jest przez cały rok.

Tak było w przypadku ubiegłorocznego koncertu Muzyczna podróż od Wiednia do Rio. Widowisko zostało zaplanowane całkiem sprytnie: Wiedeń kojarzy się z koncertem noworocznym, Rio z karnawałem. Lekkie dźwięki operetki stopniowo przechodziły w muzykę musicalową, popularną, aż po latynoskie rytmy z finałem w postaci rytmicznego Aquarela do Brasil. Elementem spajającym był motyw podróży, z postojami w różnych miastach europejskich i amerykańskich, co dawało przestrzeń, do eksploracji muzycznej kultury danego kraju. Było to dość sprytne zagranie, dające szeroki dostęp do utworów. Odpowiedni dobór repertuaru i dopracowanie wykonań sprawiło, że widzowie pokochali noworoczną rewię Muzycznego i ta została w repertuarze nie tylko przez cały karnawał, ale również przez cały rok.

Ale nadszedł czas na zmianę warty i wprowadzenie następcy. Tym okazało się być widowisko Step by step, kolejny spektakl angażujący wszystkie zespoły artystyczne Muzycznego. Tym razem ze sceny mieliśmy usłyszeć najsłynniejsze piosenki polskie lat 60. i 70. oraz (amerykańskie) przeboje musicalowe. Choć nie widziałam elementu spajającego te dwa kierunki, wyszłam z założenia, że pewnie program zostanie ułożony w sposób, który umożliwi mi znalezienie tego łącznika. I nie poczuję brutalnego przeskoku pomiędzy tymi dwoma założeniami.

Niestety, zamiast płynnego przejścia otrzymaliśmy brutalne cięcie. Koncert został bowiem podzielony na dwie zupełnie odmienne części rozdzielone antraktem. Pierwszą stanowił miks polskich piosenek (nota bene, oprócz lat 60. i 70. pojawiły się również przeboje z lat 50. czy nawet przedwojenny Sex-appeal). Klucz, jakim kierował się reżyser spektaklu, Zbigniew Macias, przy tworzeniu programu pozostaje dla mnie tajemnicą. Początkowo myślałam, że będą to piosenki z tekstami autorstwa zmarłych tekściarzy (taka deklaracja padła z ust konferansjerów), ale po chwili nastąpiła volta i przeszliśmy do muzyki filmowej, by później popłynąć już w  kierunku „znane i lubiane”. Wszystkie utwory zostały wykonane poprawnie, publiczność podrygiwała w takt ulubionych piosenek (co niektórzy nawet podśpiewywali) i wszyscy dobrze się bawili.

Druga część składała się z wiązanki piosenek pochodzących z musicali i filmów. To  ona stanowiła główny punkt programu i to od niej wzięło nazwę całe przedstawienie. Tytułowy „step” oczywiście nawiązuje do stepowania, które nierozerwalnie kojarzy się z początkiem tradycji musicalowej. Teatr Muzyczny w ramach przygotowań do spektaklu zdecydował się nawiązać współpracę z Joanną i Chrisem Ernst, mistrzami stepu, który mają na swoim koncie współpracę z England Tap Team oraz sukcesy w Światowych Mistrzostw Stepowania w Niemczech. Duet od września próbował nauczyć stepu klasycznie wyszkolony balet muzycznego i trzeba przyznać, że współpraca ta zakończyła się sukcesem i znacznie wzbogaciła program tego spektaklu. Ze sceny wybrzmiały największe przeboje z takich filmów, jak Chicago, Cabaret, Mężczyźni wolą blondynki, My Fair Lady czy Śniadanie u Tiffany’ego.

Nie tylko balet stanął na wysokości zadania. Spisali się również soliści: Joanna Jakubas, Emilia Klimczak, Justyna Kopiszka, Katarzyna Łaska, Kamil Dominiak, Michał Dudkowski, Paweł Erdman, Michał Mielczarek, Marek Prusisz oraz reżyser Zbigniew Macias (trzeba przyznać, że choć na scenie w rolach solowych pojawiło się więcej panów, to jednak wykonania damskie zapadły bardziej w pamięć). Wyjątkowo dobrze wypadła również Orkiestra Teatru Muzycznego pod kierownictwem Elżbiety Tomali-Nocuń, która doskonale poradziła sobie z lekko odświeżonymi aranżacjami utworów. Jedynym mankamentem było usytuowanie orkiestry na scenie, przez co muzyka wielokrotnie (zwłaszcza w pierwszej części koncertu) zagłuszała solistów.

Wychodząc z koncertu miałam sprzeczne wrażenia. Z jednej strony obie części spektaklu były poprawne, zarówno pod względem wykonania, jak i repertuaru, który rozruszał publiczność i z pewnością każdy znalazł w nim coś dla siebie (ja również). Z drugiej odniosłam wrażenie, że partycypowałam w doświadczeniu mieszanki wedlowskiej, zbiorowiska pomysłów smacznych, dobranych pod gust odbiorcy, ale bez określonej myśli przewodniej. Nie bez powodu przytoczyłam  wcześniej opis ubiegłorocznego koncertu, tam bowiem program podążał jakimś kluczem, całość spinał jeden motyw. W tym roku tego zabrakło i niestety na tym cały wydźwięk koncertu ucierpiał. Niezbyt rozsądnym krokiem było zwieńczenie koncertu bisem pompatycznego Niech żyje bal, co nieco gryzło się z musicalowym charakterem drugiej części koncertu. Wydaje mi się, że tym razem na koncert zabrakło pomysłu, choć nie było o niego wcale tak trudno. Można go było np. w całości oprzeć na motywie stepu i muzyki jazzowo/musicalowej (również polskiej).  Myślę, że taka opcja skleiła by program, a bogactwo dostępnych utworów starczyłoby na wypełnienie obu części spektaklu. Bo część „polska” była tutaj nieco na doczepkę i jedynym uzasadnieniem na pojawienie się tego rodzimego preludium znajduję w braku pomysłów na zagospodarowanie obu części.

Czy Step by Step powtórzy sukces ubiegłorocznej Muzycznej podróży od Wiednia do Rio? Pewnie tak, ponieważ nawet bardziej, niż w ubiegłym roku program oparty był na muzyce popularnej (zwłaszcza w pierwszej części koncertu), a wiadomo, że przeciętny widz lubi to, co zna. Przypuszczam, że większości nie zaszkodzi nawet dysonans panujący pomiędzy dwiema częściami, ani chaos panujący zwłaszcza w części pierwszej. Ważne, że będzie się do czego bujać, podrygiwać i klaskać. Myślę, że jako koncert sylwestrowo-noworoczny ta produkcja spełniła swoje zadanie, a jako stała pozycja repertuarowa będzie stanowiła magnes dla zorganizowanych wyjazdów z zakładów pracy.

Bo tak niestety kończą tego typu produkcje: jako cel wycieczek pracowniczych, kompromis między kulturą wysoką, a gustem przeciętnego Kowalskiego. Paradoksalnie element, który z daleka wydaje się kiczowaty, powinien być stałym punktem we wszystkich teatrach. Bo instytucja promująca kulturę wysoką powinna od czasu do czasu zejść nieco niżej i zachęcić do siebie osoby, które ostatni raz w teatrze były w szkole średniej na nudnym Hamlecie lub Tosce. Nawyki należy kształtować powoli, krok po kroku/

Ciekawostka: tuż przed opublikowaniem tego tekstu dowiedziałam się, że pierwsza część faktycznie stanowił osobny koncert, który otrzymał nawet własny tytuł (Czy lubią Państwo cza-czę?). Skąd decyzja o rozdzieleniu koncertu na dwie części i promowania go jedynie pod nazwą tej drugiej? Nie rozumiem tej koncepcji, jednak przypieczętowuje ona w ten sposób misz-masz towarzyszący tegorocznemu koncertowi.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: